Barnevernet – norweski postrach dzieci

Henryk E. Malinowski, ScanPress.net

 

Barnevernet – to słowo, które u wielu mieszkańców Norwegii, szczególnie cudzoziemców, budzi strach. Dlaczego instytucja odbierająca dzieci rodzicom w obronie dobra dziecka wywołuje tak skrajne reakcje w społeczeństwie? Polacy w Norwegii mają małe szanse na odzyskanie raz zabranych dzieci.

 

„Gestapo”. „Hitlerjugend”. „Państwowi porywacze dzieci”. „Handel dziećmi zorganizowany przez państwo”. To tyko niektóre z określeń znalezione w Internecie używane pod adresem norweskiej Służby Ochrony Dzieci, czyli Barnevernstjenesten –zwanej skrótowo Barnevernet. Została ona powołana dla ochrony dzieci przed przemocą fizyczną i psychiczną w domu rodzinnym. Obecnie instytucja ta przeżywa masowy kryzys zaufania, zwłaszcza wśród cudzoziemców, a w tym Polaków – największej mniejszości narodowej w Norwegii, liczącej oficjalnie 100 tys. Powodem są częste przypadki odbierania Polakom praw rodzicielskich do ich dzieci pod zarzutem stosowania wobec nich przemocy lub na skutek niezdolności sprawowania opieki rodzicielskiej z innych przyczyn. Intencje Barnevernet są szlachetne, ale jak wygląda praktyka?

Fala przemocy w domach

Nie ulega wątpliwości, że z punktu widzenia potrzeb społeczeństwa norweskiego istnienie Barnevernet jest całkowicie uzasadnione. Norwegia, licząca 5 milionów mieszkańców, kojarząca się przeciętnemu Polakowi ze spokojem i dobrobytem, ma poważny problem społeczny: ponad 150 tys. dzieci doświadcza przemocy w bliskich relacjach rodzinnych, w domu. A zatem co 10 dziecko, co podaje to raport „Przemoc i gwałt w Norwegii. Narodowe studium występowania tych zjawisk w perspektywie życia”. Wedle danych policji liczba doniesień o przemocy wobec dzieci wzrosła o 75 proc. od roku 2008. Co 6 dziewczynka i co 9 chłopiec doświadczył w dzieciństwie przemocy psychicznej ze strony rodziców lub opiekunów.

Wydawać by się mogło, że w takich sytuacjach przejęcie – w każdym razie tymczasowe – praw do opieki nad dzieckiem pomoże rodzicom i dzieciom w przezwyciężeniu problemów domowych. Okazuje się, że zgłoszenie się do Barnevernet ze swoimi problemami może się okazać brzemienne w skutkach. Przykładem tego może być historia młodej Polki z Ś. Związała się z cudzoziemcem, z czasem urodził im się chłopiec. Nie byli idealną parą i konflikty między nimi zostały zauważone przez opiekę społeczną. Jednakowoż nie było w tej rodzinie ani używek, ani przemocy – wobec kogokolwiek. Kłótnie były nacechowane typowo polskim i południowym temperamentem. Zaoferowano im pomoc w rozwiązaniu wzajemnych problemów i tymczasowe umieszczenie chłopca – wtedy czteroletniego – w rodzinie zastępczej. Polka, która prosi o anonimowość, została poinformowana, że dziecko będzie im zwrócone po 3 miesiącach, gdy zakończy się terapia rodzinna. Związek się jednak rozpadł, ale dziecka jej nie zwrócono. Powód? Chłopiec „nawiązał w tym czasie silne relacje uczuciowe z rodziną zastępczą”. Tragedia Polki polega na tym, że chłopcu później wmówiono, że dlatego został zabrany, bo miał „złą matkę”. Ostatecznie ją znienawidził i do dzisiaj, choć jest dorosły, nie chce mieć z nią nic wspólnego, odrzuca wszelkie jej próby kontaktu i wytłumaczenia czegokolwiek. Paradoks polega także na tym, że Polka ta później urodziła dziewczynkę, ale o dziwo Barnevernet nie miał zastrzeżeń do jej zdolności opiekuńczych i nie odebrał jej drugiego dziecka.

„ – Takimi głupotami w naszej rodzinie się nie zajmujemy”

Artykuł 8 podpisanej przez Norwegię Konwencję Praw Dziecka ONZ mówi w pkt. 1: ”Państwa-Strony podejmują działania mające na celu poszanowanie prawa dziecka do zachowania jego tożsamości, a w tym obywatelstwa, nazwiska, stosunków rodzinnych zgodnych z prawem, z wyłączeniem bezprawnych ingerencji.” Jednak przypadek chłopca J., obecnie lat 12, jest przykładem czegoś wręcz przeciwnego. Jego dramat rozpoczął się, gdy w Norwegii zmarła mu w 2011 r. z powodu choroby matka. Jej śmierć wywołała u ojca reakcję powodującą, że przestał być w stanie zadbać o chłopca w sposób należyty. Natychmiast go ojcu zabrano, nie pytając nikogo z pozostałej rodziny o zdanie. Babcia chłopca, T.S. z miasta W. w Polsce, znająca go od urodzenia i pomagająca córce go wychowywać, zgłosiła gotowość przejęcia opieki nad J. Ma mieszkanie, stabilną pracę i wszelkie dane ku temu, aby zaopiekować się chłopcem do czasu, gdy ojciec poradzi sobie z własnymi problemami. Otrzymała odmowę z uzasadnieniem, że nie będzie w stanie sprawować odpowiedniej opieki nad chłopcem z racji swojego wieku i rosnących z czasem wymogów dziecka.

 

  1. został umieszczony w norweskiej rodzinie zastępczej i jest całkowicie odcięty od swoich polskich korzeni, nie ogląda polskiej telewizji, nie czyta polskich książek, nie ma kontaktu z Polakami. Efektem jest całkowite wynarodowienie chłopca. Babcia, której Barnevernet pozwala widywać go dwa razu na rok, po cztery godziny, mówi do J. po polsku, ale on jej odpowiada po norwesku, bo stracił już język polski. Babcia z własnym wnuczkiem, który jeszcze niedawno był Polakiem, rozmawia za pomocą tłumacza. Podczas rozmowy obowiązują surowe zasady: żadnych uczuć, pytań o chęć powrotu do Polski, zakaz mówienia o swojej sytuacji, zakaz wspominania zmarłej matki. J. nie wolno pojechać na wakacje do rodziny w Polsce, ani też odwiedzić w W. grobu własnej matki. Spotkanie jest ściśle monitorowane przez czuwających na miejscu pracowników Barnevernet, każde słowo jest tłumaczone przez tłumacza, dziecku nic nie wolno powiedzieć np. na ucho.

 

Kiedy J. spytał o możliwość pójścia do kościoła na mszę katolicką, ojciec zastępczy odparł: „ – Takimi głupotami w naszej rodzinie się nie zajmujemy.”

Przemoc bez… przemocy

Wstrząsającym przykładem zabierania dzieci bez należytego rozpoznania sprawy jest przypadek odebrania dwójki dzieci małżeństwu S. Stracili oni córkę N. l. 8 i półtorarocznego K. we wrześniu 2014, zupełnie niespodziewanie. Kiedy N. przyszła pewnego dnia do szkoły z ranką w okolicy skroni, szkoła uznała, że musiało się to stać z powodu stosowania przemocy w domu. Na pytanie urzędniczki z Barnevernet Natalka przyznała, że została uderzona w domu. Jednak nie dodała, że uderzył ją zabawką w głowę… jej młodszy braciszek, K.

 

Ta informacja wystarczyła, aby urzędnicy z Barnevernet wraz z policją zjawili się w szkole i zabrali Natalkę. W tym samym czasie policja w zabrała przebywającego w domu małego K.. Rodziców o zabraniu dzieci poinformowano po fakcie i poddano rygorystycznym przesłuchaniom. Państwo S. rozpoczęli długą batalię o odzyskanie dzieci, podejrzewano ich także o seksualne nadużycia wobec dziecka.

 

Rodzice N. i K. nigdy nie przyznali się do zarzutu stosowania przemocy wobec dzieci, nieugięcie utrzymywali, że są niewinni, a oskarżenie o przemoc było wynikiem nieporozumienia językowego. Sprawa najpierw oparła się o komisję wojewódzką przy urzędzie wojewody, a następnie trafiła do sądu. Ten uznał, że „ślad na czole prawdopodobnie miał inną przyczynę, niż uderzenie z płaskiej dłoni”. Ostatecznie, z braku niezbitych dowodów, po upływie pół roku dzieci zwrócono małżeństwu S. Jednak ich zaufanie do Norwegii legło w gruzach i dzieci zostały na wszelki wypadek wywiezione do Polski.

 

Podobny przypadek opisał 15 maja b.r. dziennik Aftenposten. Litwinka „Dalia” wykradła swoją córkę z rodziny zastępczej i uciekła z nią do rodzinnej miejscowości w pobliżu Palangi. Córka zatraciła język litewski po długotrwałym pobycie w rodzinie zastępczej. Norweskie prawo nie daje biologicznym rodzicom możliwości odwołania się od decyzji wyboru rodziny zastępczej. Dziecko może zatem trafić do pary homoseksualnej, lub ludzi obarczonych wyrokami sądowymi za… przemoc wobec dzieci, także seksualną.

 

Na chwilę obecną ponad 90 dzieci, obywateli polskich, odebranych jest rodzicom. Rzeczywista liczba może być dużo większa. – Władze norweskie nie zawsze informują nas o przejęciu opieki nad polskimi dziećmi. To przypadki zgłoszone nam przez rodziców – komentuje dla ScanPress.net konsul Sławomir Kowalski w Oslo.

 

W niedawno opublikowanym raporcie Komisarz ds. Ochrony Praw Człowieka przy Radzie Europy Nils Muiznieks ostro skrytykował Norwegię za odbieranie dzieci przed wykorzystaniem wszelkich innych możliwości. Romowie boją się rodzić dzieci w Norwegii, bo co drugie dziecko romskie urodzone w szpitalu umieszczane zostało siłą w domu zastępczym, w sumie 60 dzieci.

 

Barnevernet jako big business

Norweskie media ostro krytykują funkcjonowanie Barnevernet wskazując na fakt, że 60 proc. domów opieki i ośrodków dla dzieci znajduje się w rękach prywatnych. Głównym graczem na rynku usług dla Barnevernet jest szwedzka spółka Aleris, której właścicielem koncern kontrolowany przez rodzinę Wallenbergów.

 

Państwo norweskie zakupiło w 2013 r. od prywatnych firm usługi związane z pomocą dla dzieci na sumę 1,9 mld. NOK (ok. 900 mln. PLN). Cena za dobę pobytu w domu opieki nad dzieckiem waha się pomiędzy 20 – 25 tys. NOK (ok. 9 – 12 tys.PLN).

 

Także osoby prywatne zorientowały się, że bycie rodzicami zastępczymi jest bardzo intratnym zajęciem. Rodzice zastępczy otrzymują rocznie na jedno dziecko ok. 860 tys. NOK rocznie (ok. 420 PLN). Dzieci „trudne” są droższe w utrzymaniu. Co trzeci dom zastępczy znajduje się w rękach prywatnych.

 

Z deszczu pod rynnę

Innym problemem Barnevernet jest niedostateczna kontrola osób pełniących funkcję rodziców zastępczych. Dziennik Aftenposten ujawnił, że 52 dzieci w latach 2000 – 2011 padło ofiarą wykorzystywania seksualnego. W 2004 ojciec zastępczy został skazany na 60 dni więzienia za wykorzystywanie seksualne 11-letniej dziewczynki opóźnionej umysłowo. W kilku przypadkach Barnevernet umieszczało dzieci u osób z wyrokami za przestępstwa seksualne. W dwóch przypadkach Barnevernet, choć zawiadomione o nadużyciach rodziców zastępczych, nie złożyło meldunku na policję.

 

Norweskie władze obecnie usilnie pracują nad odzyskaniem zaufania społeczeństwa, a szczególnie cudzoziemców, do Służby Ochrony Dziecka. Ten proces będzie jednak długotrwały. Powołano komisję doradczą składającą się z reprezentantów poszczególnych grup mniejszościowych w celu zreformowania tej skądinąd potrzebnej instytucji. Może się jednak okazać, że problem leży gdzie indziej, w przekonaniu, że „państwo wie lepiej, jak wychować twoje dziecko”. A to jest już zupełnie inne zagadnienie.

Henryk E. Malinowski, ScanPress.net

Możesz być także zainteresowany:

X