Kościół, który nas ukształtował, czym jest? Duchowo ukształtował Polaków Kościół. Mnie też ukształtował Kościół. Trudno mi dokładnie określić w jaki to się odbyło sposób, ale tym, który duchowo mnie ukształtował był biskup Stanisław Łukomski.

Czuję się jego duchowym synem. Niedawno dopiero i całkiem przypadkowo sobie to uświadomiłem. Wyrosłem w jego sławie, w jego kulcie, w świecie wartości tego wielkiego Biskupa i Męczennika. Kim był biskup Stanisław Kostka Łukomski, który mnie ukształtował i ukształtował Kościół i ludzi moich rodzinnych stron i nie tylko.

Podobnie jak większość polskiego duchowieństwa był równie chrysto jak maryjno-centryczny. Politycznie był związany z  Narodową Demokracją. Właściwiej byłoby jednak powiedzieć, że to Narodowa Demokracja związana była z biskupem Łukomskim. Był biskup Stanisław Kostka przyjacielem Romana Dmowskiego i gen. Józefa Hallera.

Biskup Łukomski nigdy nie uznał dyktatury, jaka zapanowała w Polsce po zamachu majowym 1926 r. Podczas obu okupacji i po zakończeniu II wojny światowej wspierał konspiracyjne ugrupowania ruchu narodowego.

Za mojego dzieciństwa portrety biskupa Stanisława Kostki Łukomskiego wisiały po kosciołach a i chyba w niektórych domach, a na pewno na plebaniach. Wiedziałem, że uratował łomżyńską katedrę. Mówiło się o nim zawsze z największym namaszczeniem.

Biskup Łukomski to był duchowy Olbrzym.

Nasza duma i nasza wielka legenda.

Dla Kościoła, dla Polski w moich stronach zrobił wiele za życia i po śmierci.

Myślę, że podobnie jak Jego Patron św. Stanisław Kostka może jeszcze więcej uczynił po swojej śmierci. Tajemnica świętych obcowania jest trudna, ale myślę, że to biskupowi Łukomskiemu zawdzięczamy, że w moich stronach za mojego dzieciństwa przed kapłanem klękano i całowano kapłańskie ręce.

Kapłan, jako człowiek mógł mieć swoje wady, ale reprezentował Chrystusa i Jego Ofiarę.

Duch biskupa Łukomskiego, niewolnika Chrystusa Króla panuje wciąż na Ziemi Ostrołęcko-Łomżyńskiej.

Bp Łukomski był niemianowanym Prymasem Polski już od roku 1915.

To był numer 1. Kościoła w Polsce od roku 1918 do roku 1948. Duchowy i polityczny przywódca polskiego duchowieństwa.

Zwalczany był w prawdziwie bolszewicki sposób przez masoński, sanacyjny reżim.

Sanacja biczowała biskupa Łukomskiego.

Sanacyjny reżim podniósł w Polsce ręce nawet na święto Bożego Ciała urządzając wtedy zawody sportowe. Propagowano aborcję. Biskup Łukomski, jako sekretarz kierujący Episkopatem Polski, mówił masońskim, sanacyjnym rządom swoje „non possumus”. Zachował niezależną linię Kościoła w Polsce.

On miał być Prymasem już w roku 1915.

Wtedy zablokowali go Prusacy.

Nie mógł zostać Prymasem po zamachu majowym w roku 1926, bo Piłsudski nienawidził go i masoni zrobili wszystko, aby Łukomskiego zablokować. Nie pozwolono mu zostać następcą kardynała Augusta Hlonda.

Masoński reżim sanacyjny zwalczał biskupa Łukomskiego w iście bolszewicki sposób. Żydokomuna panicznie bała się tego mocarza Ducha i mocarza intelektu.

Ubecy, prawdobodobnie wsparci przez swoich agentów, wewnątrzkościelnych judaszy bezceremonialnie biskupa Łukomskiego uśmiercili.

Męczeństwo biskupa, jego Ofiara promieniowały i dały owoce. Nie tylko dla Kościoła łomżyńskiego.

Opanowana przez trockistów Solidarność i dzisiejsza, popisowa cenzura w totalitarny sposób dopilnowały, aby biskup Łukomski pozostał szerzej nieznanany.

Ale Ducha nie da się zabić. Ofiara męczenników buduje Kościół.

Boją się okupanci Polski biskupa Łukomskiego, jak boją się Narodowej Demokracji.

Boją się tej Polski prawdziwej i zwalczają Ją wszelkimi metodami.

Prymas Wyszyński, (było nie było również mój łomżyński  ziomek), dzielnie zastąpił biskupa Łukomskiego w posłudze Prymasa Polski. Niewolnictwo Chrystusa Króla zamienił na niewolnictwo Maryi.

To niewolnictwo Maryi jako dziecko podpisem na jakimś obrazku na siebie przyjąłem.

W moich stronach biskupa Stanisława Kostkę Łukomskiego uważano za świętego.

Świętość biskupa Łukomskiego zawsze działała i dalej działa w takiej cichości, w pokornej, codziennej, ale nie pozbawionej wielkich Wizji pracy kapłańskiej, w pracy wielu świeckich katolików. W codziennej żmudnej pracy, ale i w gotowości na męczeństwo.

Taka Postać postać wymaga przypomnienia.

Władza państwowa była dla mnie w okresie mojego dzieciństwa władzą okupacyjną.

Dodatkowo w socjalistycznej Polsce chłopska wieś została uznana za przeszkodę, za ostoję zacofania i była przedmiotem takiego „postępowego” szyderstwa, swego rodzaju socjologicznego rasizmu.

W latach 70. wśród młodzieży nie pytano się ; skąd jesteś tylko z jakiego miasta jesteś. Nawet ci ze wsi podawali najbliższe miasto, a nie swoją wieś, a przecież 40% mieszkało na wsi.

Miałem sam o tyle lepiej, że pocztowo Teodorowo należy do Ostrołęki i podając adres nie ujawniałem swojego wieśniactwa, ale ten socjologiczny rasizm, to poczucie dwóch różnych światów w Polsce ludowej było.

W domu moim od dziecka dużo mówiło się, że jesteśmy Polakami. Byli gdzieś w świadomości Niemcy, byli Rosjanie, byli Ruskie. Wciąż znajdowaliśmy trupy poległych w Wojnie.

Byli w naszej świadomości bolszewicy, ci z roku 1920 i 1939. Ci z 1945 byli już jakby inni. Byli Żydzi, byli Ślązacy, byli Górale.

A propos górali i mojego wiejskiego pochodzenia warto wspomnieć moją historię z pobytu w Zakopanem, w którym dzięki moim olimpijsko-naukowym sukcesom spędziłem ferie zimowe roku 1977. Był to póki co mój jedyny pobyt w Zakopanem.

Mieszkaliśmy gdzieś tam na Krzeptówkach. W pobliżu była przepiękna kaplica Matki Boskiej Fatimskiej, gdzie potem powstało Sanktuarium. Czułem się w tej kaplicy, gdzie przy odsłanianiu i zasłanianiu Obrazu pojawiał się przepiękny śpiew, tak, jak przy krzyżu w rodzinnym Teodorowie, w czasie nabożeństw majowych.

Większość czasu w Zakopanem zajmowała jazda na nartach i wycieczki, ale chodziliśmy też do miasta.

Pewnego razu, gdy szliśmy z kolegą, zaczepili nas podpici i trochę agresywni górale. Zatrzymali nas i zapytali z jakiego jesteśmy miasta. Kolega był bardzo przestraszony i nic nie mówił. Też byłem przestraszony, ale odpowiedziałem, że jestem ze wsi. Moja odpowiedź górali zaszokowała. Opowiedzieli nam, że pytają się o miasto, bo codziennie piorą ceprów z miasta na inną literę. Tych z Warszawy biją zawsze. Z racji mojego wiejskiego pochodzenie musieliśmy wypić z góralami piwo, które oczywiście oni postawili.

Od dziecka ja byłem Polakiem. Ci Polacy, moi koledzy w podstawówce i w liceum byli dla mnie trochę Polakami jakby innymi niż ja.

Pamiętam na Rajdzie Świętokrzyskim usłyszałem śpiewaną przez kolegów piosenkę z następującym refrenem;

„A ty włóż sobie chamie medalik na szyję,

I nic ci się nie stanie,

I tramwaj nie zabije…”

Zrobiło mi się trochę przykro, bo ja z tym chamem się jakoś utożsamiałem. Czułem, że chyba śpiewają o mnie. Przyglądałem się, kto i dlaczego wrzuca takie piosenki. Kto je podejmuje, a kto nie.

Zrozumiałem wtedy, że w Polsce są dwa rodzaje Polaków, ci starodawni i ci nowego chowu.

W szkole te dwa rodzaje Polaków w przedziwny sposób się przenikały. Trwała jakaś kulturowa walka.

Był jednak świat w którym czułem się tak samo jak w domu, jak w rodzinnej wsi. Tym światem był kościół, była mała salka katechetyczna. W kościele czułem się mentalnie jak w domu. Może to był powód, że szukałem jakoś bliższego intelektualnego kontaktu z księżmi.

Miałem szczęście mieć na drodze swojego życia wspaniałych kapłanów. Chrzcił mnie i do pierwszej komunii przygotowywał ks. Józef Kaczyński. Był takim proboszczem jak kardynał Wyszyński prymasem. Był nie tylko księdzem, był prawdziwym księciem lokalnego Kościoła. Rodzice jego byli analfabetami, a on mówił płynnie po łacinie, po francusku i po niemiecku. Wykształcony filozoficznie i biegły w medycynie, którą rok studiował.

Kościół mimo biednej parafii był przez niego pięknie odnowiony. Ks. Kaczyński jeździł zawsze najnowszym fiatem. Na plebanii były piękne meble. O jego bogactwie krążyły legendy. Ogród był pełen owoców, warzyw i kwiatów. Wykwintne obiady z dobrym winem i koniakiem. Komuniści prześladowali go. Na części plebanii zakwaterowano jakiegoś chorego psychicznie bandytę, który ganiał księdza dookoła plebanii z nożem. Parafianie poszliby za Proboszczem w ogień.

Po ks. Kaczyńskim przyszedł na probostwo w Wojciechowicach bardzo skromny ks. Sobotko. Uważał mnie za przyjaciela i przyjeżdżał do mnie do Teodorowa swoim motorowerkiem. Ludzie jednak nie chcieli takiego skromnego kapłana. Tęsknili za księciem.

Do bierzmowania przygotowywał mnie ks. Antoni Pęksa SAC. Ks. Antoni tak bardzo zaprzyjaźnił się z nami, że spośród uczniów LO z naszego parafialnego rocznika uczynił elitarną grupę, którą katechizował aż do matury. Nasze katechetyczne spotkania przybierały formę dialogu. Rozmawialiśmy na wszystkie tematy od zakazanej przez komunistyczne państwo Historii Kościoła po zagadnienia ze świata polityki, paranauki, tego co dzisiaj nazywa się wychowaniem seksualnym. Ks. Proboszcz Antoni Pęksa bardzo często zapraszał nas do siebie na obiad czy kolację. Miał w czasie tych obiadów taki zwyczaj usypiania na siedząco, na minutę lub dwie. Niewtajemniczeni nie byli w stanie tego zauważyć. Dla niego była to też forma medytacji. Na chwilę odpływał. Ksiądz Antoni wtajemniczył nas w swój wielki kult modlitwy o dusze czyścowe. Był z duszami czyściwymi jakby w ciągłym kontakcie. Rozmawiał z nimi w duchu. Modlił się za nie cały czas. Nie używał budzika. One go budziły. One przypominały mu o umówionych spotkaniach. Zastępowały zegarek. Dusze czyśćcowe wykonywały ks. Proboszczowi obowiązki sekretarskie. On za tę pomoc odpłacał im modlitwą.

Sam wszedłem z ks. Antonim w jeszcze w bliższe relacje, gdy zacząłem wyjeżdżać na Zachód i przywozić stamtąd litetaturę drugiego obiegu. Nasze indywidualne, konspiracyjne trochę, polityczne rozmowy były naszą tajemnicą. Było dla mnie oczywistością, że przywożoną przeze mnie literaturę ks. Antoni puszcza dalej w obieg.

Szczególnie pamiętam go z Pasterki 24. grudnia 1981 roku. W każdą pasterkę kościół w Wojciechowicach był pełen. Wtedy w Pasterkę stanu wojennego był nabity do maksimum. Ks. Antoni przywilejem proboszcza zbierał pasterkową tacę i gdy ujrzał mnie, bladego po miesięcznym pobycie w szpitalu, był tak zaskoczony i ucieszony moim widokiem, że oddał tacę i otwartymi ramionami przywitał mnie tak, jakbym wrócił z Syberii albo uniknął Katynia. A ja tylko uniknąłem internowania. Ksiądz Antoni bardzo się o mnie bał. Wiedział o mnie więcej niż inni, a ja wiedziałem o nim więcej niż inni.

Gdy ks. Antoni Pęksa umarł na jego pogrzeb przyszła prawie cała Ostrołęka, było chyba 80 księży.

W Parafii był też niezwykły wikary ks. Eugeniusz Leśniak SAC, który prowadził prawdziwą Wojnę religijną z dyrekcją miejscowego Zespołu Szkół Zawodowych. Msza młodzieżowa, którą odprawiał była w naszym kościele ruchoma w czasie, bo kierownictwo ZSZ blokowało uczniom, mieszkańcom internatu chodzenie na tę mszę przez ustalanie wtedy obowiązkowych odrabianek. Zakazywano wieszania krzyży w pokojach. Wtedy ks. Eugeniusz zamówił małe krzyże u stolarza i wszyscy zawiesili te krzyże w pokojach, każdy nad swoim łóżkiem.

Szkoła zakazywała pielgrzymki maturzystów do Częstochowy. Mimo gróźb usunięcia ze szkoły w pielgrzymkach uczestniczyli wszyscy uczniowie. Trasę 8 km. do stacji przechodzili na pieszo z pielgrzymkowym transparentem przechodząc tak aby przechodzić obok komitetu miejskiego jak i wojewódzkiego PZPR.

Ks. Leśniak znalazł się na tzw. liście „księży nienawiści” Urbana.

Mnie ks. Eugeniusz nauczył jednego, że jedyną formą obrony przed Służbą Bezpieczeństwa jest stanie na gruncie Prawdy, otwarte głoszenie swoich poglądów i konsekwentne trwanie w szczerości, w uznaniu, w przyznawaniu się do swoich słabości.

Przepowiedział nam, że komunizm upadnie i przyjdzie Polska naprawdę Wolna, a poznamy to po tym, że na latarniach zawisną winni mordowania dzieci nienarodzonych.

Więc na razie komunizm jeszcze nie upadł.

Wszyscy kapłani, których spotkałem w okresie dorastania to byli żołnierze Wielkiego Prymasa. Prymas był i pozostał dla mnie Ojcem Narodu. On przeprowadził nas Polaków przez Morze Czerwone.

Byłem w lll liceum gdy w październiku roku 1978 radio podało, że Karol Wojtyła został wybrany Papieżem.

W czerwcu 1979 roku Jan Paweł ll przyjechał do Polski. Byłem na Placu Zwycięstwa 2. czerwca 1979. Byłem na Krakowskim Przedmieściu rankiem 3. czerwca.

Widziałem te miliony Polaków. Widziałem ten entuzjazm. Słyszałem wiersze Słowackiego. Słyszałem Papieską diagnozę sytuacji w Polsce i w świecie, że nie da się zrozumieć nic bez Chrystusa. Słyszałem słowa modlitwy; Niech stąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej Ziemi. Byłem świadkiem Historii, która wydarzała się na moich oczach.

18 urodziny miałem za kilka dni, ale czułem, że wtedy dorosłem, że Polskość, z którą zetknąłem się w dzieciństwie poprzez poczucie wspólnoty z mieszkańcami rodzinnej wsi dojrzała we mnie.

Obok Papieża był wielki Prymas.

Upadek komunizmu stał się dla mnie oczywistością.

Katolicyzm jest ideą Polskości, która prowadzi nas do szczęścia w wymiarze życia doczesnym i wiecznym. Amen

Bogdan Kulas